Uśmieszek na fladze – opowiadanie        

Kiedy firma, w której pracowałam dostała zlecenie przygotowania gadżetów reklamowych na mundial w Katarze, byłam zachwycona! Wprawdzie żadna ze mnie wielbicielka piłki nożnej, bo w domu tylko mąż ogląda mecze, ale sama świadomość tego, że uszyty przeze mnie gadżet znajdzie się na tych gigantycznych stadionach na drugim końcu świata sprawiała, że czułam się jakbym to ja miałam tam być na trybunach. To było naprawdę niesamowite!

Praca przy projektowaniu flagi

Moja praca polegała niby tylko na siedzeniu przy maszynie i wykonywaniu wzorów, jakich zażyczył sobie klient, ale dzięki temu, w jakiś dziwny sposób czułam się wyjątkowo. W końcu to mistrzostwa świata! Wiedziałam, że będą je oglądać ludzie na każdym krańcu globu i właśnie tam, w krainie do której nie pojadę nigdy, bo po prostu mnie na takie luksusy nie stać, zawiśnie coś, czego dotykały moje ręce. Niesamowite!

Kiedy tylko wróciłam do domu i opowiedziałam mężowi, że będziemy szyć takie wielkie flagi dla kilku państw, a do tego dodatkowe dekoracje, to mój Władek też od razu zrobił wielkie oczy.

– Kochanie, ja wszystko nagram! – powiedział nagle. – A potem będziemy szukać tych twoich flag i gadżetów i podziwiać.

– O, świetny pomysł! – Od razu przyklasnęłam. – Ty wiesz, że to prawie, jakbym tam była?

– I ja też – odparł zadowolony z siebie. – W końcu jesteś moją żoną.

Parsknęłam, bo powiedział to tak poważnie, jakbym była co najmniej szefową FIFA, a przecież ja tylko szyłam na maszynie.

Od tamtego dnia codziennie opowiadałam mu o tym, co dokładnie robimy w pracy, a on skrzętnie wszystko notował. Wziął sobie za cel znalezienie później na nagraniach każdego gadżetu, którego dotykałam i pamiątkowe ich skatalogowanie. Nawet wspomniał, że kolegów zaprosi na mecze i będzie się chwalił. Zaczęła myśleć, że chyba bardziej się tym wszystkim nakręcił, niż ja.

Zrobię coś wyjątkowego!

W poniedziałek, kiedy znowu byłam w pracy wpadłam na szalony pomysł. Władek tak mnie dodatkowo podekscytował tym mundialem, że zapragnęłam zrobić coś wyjątkowego, o czym nie wiedziałby nikt. Oczywiście w pracy musimy wszystko robić zgodnie z projektem i nie można niczego dodawać od siebie, ale… Rozejrzałam się wokół i widząc, że inne szyjące dziewczyny są skupione na swojej pracy, przesunęłam nieco materiał i białą nicią, na białym tle jednej z reklamowych flag wyszyłam drobny uśmieszek. Para oczu, nosek i uśmiech. Nikt nie mógłby tego nawet zauważyć, ale wystarczyło mi, że ja będę wiedziała.

Na mistrzostwa czekałam z niepokojem i od pierwszych meczy, kiedy mąż kibicował, ja podziwiałam nasze reklamowe dzieła. Jejku, wiem, że to nieładnie, ale naprawdę piłka nożna w ogóle mnie nie interesuje. Mężczyźni biegają po boisku i kopią piłkę, a kibicują im miliony ludzi. Dla mnie to niepojęte. Jeszcze gdyby chociaż konno jeździli, albo gdyby to była lekkoatletyka, którą bardzo lubię, ale mecz?

Mąż ustalił strategię: najpierw oglądamy rozgrywkę, a potem z nagrania powtórki, na których szukamy produkowanych w mojej firmie gadżetów. Przy powtórce dołączali do nas jego koledzy, którzy jak się potem okazało też byli rozemocjonowani tym „namierzaniem” rzeczy robionych w Polsce, w ich rodzinnej miejscowości. To była taka mała duma narodowa. Władek powoli przewijał klatkę po klatce i co jakiś czas ja wołałam „Jest! Jest! To to flaga!” albo „Ten baner tutaj przy bramce, zapisz! Robiłam go!”. Byłam taka dumna, że hej.

Mundialowe emocje oczywiście opadły, kiedy nasza drużyna przegrała z Francją i wtedy nawet koledzy męża przestali przychodzić na powtórki, bo „cierpieli z rozpaczy”, jak to jeden z nich ujął. Musieli przeboleć porażkę, bo przecież od początku myśleli, że nasi są w takiej formie, że na pewno będziemy mistrzami świata. Nigdy nie rozumiałam tego, że mężczyznom może tak zależeć na tym, żeby ich zespół wygrał.

Mundialowe emocje i niespodzianka

Tak czy inaczej, dalej oglądałam mundial z Władkiem i z przyjemnością wyłapywałam kolejne produkty, które na pewno miałam w dłoniach. Te rzeczy przeleciały z Polski przez cały świat, żeby móc teraz być w Katarze.

W rozgrywkach półfinałowych wreszcie zobaczyłam jedną z flag, która mogła być robiona przeze mnie i od razu skupiłam na niej całą uwagę. Jeden z realizatorów skierował kamerę prosto na nią, a Władek zatrzymał film. Podeszłam jak najbliżej telewizora, a mamy taki duży ekran, ponad sześćdziesiąt cali i zaczęłam się przypatrywać. W jednym z miejsc zobaczyłam to, czego szukałam!

– Władek! – krzyknęłam od razu. – Chodź tutaj, szybko! Musisz to zobaczyć!

Mąż podszedł do telewizora, nie wiedząc, o co mi chodzi.

– Przyjrzyj się tej fladze – Poprosiłam.

– No ale na co mam patrzeć? – Zdziwił się. – Flaga, kolory, nic nie widzę?

– Tu patrz – Wskazałam palcem na białe tło. – Tylko podsuń się jak najbliżej.

Władek wbił wzrok w ekran i nagle zaniemówił.

– No chyba… – jęknął. – Bez żartów…

Udało mi się zaskoczyć nawet męża!

Spojrzał na mnie, wybałuszając oczy.

– To jest uśmieszek?!

Kiwnęłam głową i zaczęłam chichotać.

– Zrobiłaś na fladze uśmieszek? Ty?? – Wprost nie mógł w to uwierzyć.

Potwierdziłam, a on wpatrywał się w ekran, jak zahipnotyzowany.

– No nie wierzę… nie wierzę!

Wreszcie oprzytomniał i zaczął się śmiać, a potem pobiegł po aparat fotograficzny i ustawił go na sofie naprzeciwko telewizora. Włączył samowyzwalacz i oboje stanęliśmy po obu stronach ekranu. Następne pół godziny mąż robił zdjęcia, jakby coś go opętało. Aż się zmęczyłam od tego pozowania.

Nie zgadniecie, co dostałam na ósmą rocznicę naszego małżeństwa… W połowie stycznia, kiedy jedliśmy uroczystą kolacją, mąż wyjął wielki prezent. To był prawie dwumetrowy obraz z tamtego zdjęcia zrobionego właśnie podczas mundialowych rozgrywek. Ja, telewizor z flagą, ledwie widoczny uśmieszek wyszyty na białym tle i mąż obok. Myślałam, że padnę na miejscu. Taki „romantyczny” to mój mąż jeszcze nie był.

Tak, ogólnie to było bardzo miłe, ale… teraz mam na prawie całej ścianie w salonie obraz przedstawiający to jak stoję przy telewizorze razem z Władkiem. Koszmarek aranżacyjny! Żeby to jeszcze był jakiś ładny widok, ale gdzie tam! Każdy kto nas odwiedza, dziwnie patrzy na to, jak ozdobiliśmy sobie ścianę. Ja wtedy uciekam do kuchni, a mąż rozpływa się w opowiadaniu historii tego „dzieła”.

Gdybym wiedziała, że tak go to weźmie, to w życiu nie wyszyłabym na fladze uśmieszku.

Opowiadanie nadesłane przez czytelniczkę.

(Visited 10 times, 1 visits today)