Z życia wzięte: Covid zabrał mi męża… część 1

Kiedy na spuszczoną do dołu trumnę z ciałem mojego męża, zaczęły spadać pierwsze łopaty suchej ziemi, myślałam, że pęknie mi serce. Tak naprawdę nadal nie wierzyłam w to, co się dzieje i jakby wciąż to do mnie nie docierało. To wszystko działo się za szybko, a ja przestałam nadążać, rozumieć i czuć.

Mirek był ze mną od zawsze. Poznaliśmy się jeszcze wtedy, kiedy w Polsce panowała głęboka komuna, a czekoladę można było dostać tylko na kartki. Pamiętam, jak dziś, że ustąpił mi miejsca w kolejce za kiełbasą spod lady, czym wprawił mnie w takie zdziwienie, że na moment otworzyłam szeroko usta i musiałam wyglądać, jakbym zamierzała połknąć żabę. On uśmiechnął się tylko, a potem ze sklepu wyszliśmy razem i tak to się zaczęło. Zwyczajnie, bez fajerwerków, bez wielkiego zakochania, powoli. Miłość przyszła do nas później, ale kiedy już uderzyła, wiedzieliśmy, że to jest to coś na zawsze. A teraz leżał w tej trumnie, zimny i sztywny, a z góry sypał się na niego piach. Głuche uderzenia grud ziemi o deski przyprawiały mnie o dreszcze i byłam pewna, że zaraz tutaj zemdleję. Wpadnę do dołu i odejdę razem z nim. Koniec.

Poczułam, że ktoś chwyta mnie za ramię i wsparłam się na nim, nawet nie sprawdzając, kto to jest. Odwróciłam się w jego stronę dopiero wtedy, kiedy trumnę Mirka przykryło już tyle warstw ziemi, że na górze zrobił się mały kopiec. Ze łzami podchodzącymi do oczu zobaczyłam, że podtrzymuje mnie ksiądz, który przed chwilą żegnał mojego męża, a ja i tak niczego nie słyszałam z całej jego przemowy. Byłam, jak wycięta z rzeczywistości.

Ksiądz miał usta zasłonięte maseczką ale w jego oczach widziałam smutek. On też znał Mirka od lat, w końcu byliśmy na każdej mszy w jego kościele, nawet w czasach tej cholernej pandemii. Specjalnie rezerwowaliśmy sobie miejsca, żeby tam być. Zapytał mnie, czy wszystko w porządku i czy pomóc mi wrócić do domu. Kiwnęłam głową twierdząco i podziękowałam.

Przez to, co działo się w Polsce, na pogrzeb Mirka nie przyjechały nasze dzieci. Mieszkały daleko stąd i bały się zarażenia, a chociaż ja miałam wyniki negatywne, to jednak ich tato umarł z powodu covidu, więc wolały nie ryzykować. Rozumiałam ich, oczywiście, sama mówiłam, żeby nie przyjeżdżały, ale za każdym razem, gdy odkładałam telefon, czułam, że pęka mi serce. Nie zobaczą już swojego taty, nawet ten ostatni raz, w trumnie. Nie ma takiej opcji.

Gdyby ktoś powiedział mi dwa lata temu, że na świecie będą się działy takie rzeczy, to parsknęłabym śmiechem. Dzisiaj już się nie śmiałam, dziś czułam, że straciłam wszystko i gdyby nie świadomość tego, że wkrótce może to się wreszcie skończy i odwiedzę dzieci i wnuki, to chyba skoczyłabym z okna i miała to już z głowy. Nie mogłam już czytać gazet, bo wszędzie pisali o covidzie, nie mogłam oglądać telewizji, bo zaczynali od liczby ofiar. Byłam na to wszystko za słaba psychicznie. A teraz jeszcze Mirek… zaraził się w pracy, po trzech dniach był już podłączony do tlenu, w piątym dniu respirator, w szóstym zmarł, a ja dalej nie wierzę, że to się dzieje naprawdę.

Podtrzymywana przez księdza wyszłam z cmentarza, a on niespiesznie prowadził mnie w stronę mojego domu. Próbował mnie jakoś pocieszyć, za co byłam mu wdzięczna, ale nie jestem pewna czy jego słowa do mnie docierały. Czy to, co mówił o Mirku, przed obliczem Boga, o lepszym świecie, cudach, o niebie – czy to wtedy miało dla mnie jakiś sens? Nie wiem. Może nie powinnam tak mówić, bo w końcu jestem katoliczką, ale kiedy tracisz męża i wracasz z cmentarza do pustego domu, to jakoś ciężko widzieć w tym łaskę Pana.

Cdn…

Odcinek nr 2

(Visited 14 times, 1 visits today)