Z życia wzięte: Covid zabrał mi męża… część 2

Pamiętam, że po drodze zatrzymał nas jakiś mężczyzna, który przywitał się z księdzem i mówił coś niewyraźnie przez maseczkę. Teraz już nawet nie dało się rozpoznać, kto jest kim, bo twarze pozasłaniane aż do oczu. Elegancko ubrany, złożył mi wyrazy współczucia, gdy tylko dowiedział się od księdza, że wracamy z pogrzebu mojego męża. Kiwnęłam głową, ale nie miałam wtedy siły na rozmowy. Mężczyzna stał przy nas przez chwilę, a potem zaproponował pomoc i chociaż nie prosiłam o nią, podszedł i złapał mnie pod ramię z drugiej strony. Wtedy wydało mi się to dziwne, bo nie wierzę, żebym wyglądała aż tak słabo i potrzebowała dwóch mężczyzn do pomocy, ale nie miałam ochoty na protesty, kulturalne odmawianie, pogawędki. Ja po prostu na nic nie miałam wtedy ochoty. Odprowadzili mnie pod drzwi mieszkania, a ja podziękowałam krótko i zniknęłam w środku, nie siląc się na zapraszanie ich na kawę. To nie był ten moment.

Cały dzień przepłakałam w pustym łóżku i cały czas miałam przed oczami ten piach spadający na trumnę Mirka. Łup, łup, łup…! Koszmar. Nie wiem, ile minęło czasu, ani czy był dzień czy noc, ale wstawałam z łóżka tylko do toalety, a potem wracałam płakać. Zawsze wydawało mi się, że starsi ludzie jakoś dojrzalej znoszą śmierć swoich partnerów, a ja była kompletnie rozbita. Obudziło mnie pukanie do drzwi. Najpierw delikatne, potem mocniejsze. Udawałam, że nikogo nie ma w domu, ale ono nie ustawało, więc wreszcie zwlekłam się z łóżka i otworzyłam, nie zerkając nawet przez wizjer.

Po drugiej stronie stał jakiś zamaskowany mężczyzna z dwoma kubkami kawy z pobliskiej stacji benzynowej. Popatrzyłam na niego tępo i spytałam, czy pomylił mieszkania. Okazało się, że to ten sam człowiek, który po pogrzebie odprowadził mnie razem z księdzem do domu. Trudno mi dzisiaj wytłumaczyć, dlaczego w ogóle wpuściłam go do środka. Może byłam głupia, a może zapach kawy na mnie podziałał. Usiedliśmy w kuchni, przy dwóch różnych końcach stołu, on w maseczce, ja bez. Podał mi kawę i zachowując dystans, zdjął maskę i piliśmy razem bez słowa. Potem wstał i otworzył lodówkę, a ja patrzyłam na niego, jak na kosmitę. Zrobił mi kanapkę, której nie mogłam w siebie wcisnąć. Wreszcie odezwał się i zaczął opowiadać o tym, że miesiąc temu pochował żonę. Mówił o tym, jak się wtedy czuł, że chciał umrzeć, że został sam, bo nawet nie mieli wspólnych dzieci. Z jednej strony słuchałam go, a z drugiej przelatywało mi to przez głowę. Wreszcie przyznał, że kiedy zobaczył mnie z księdzem, to zauważył w moich oczach to samo kompletne wyjałowienie, które kojarzył kilka tygodni temu u siebie. Nie miał z kim porozmawiać, więc po prostu przyszedł. Chyba mu za to nawet podziękowałam, ale nie pamiętam dokładnie.

Potem pojawiał się regularnie, co dwa dni, zawsze z kawą ze stacji, czasem również z hot dogiem. Nigdy nie lubiłam tych hot dogów, ale nie miałam z kim spędzać czasu, a nie mogłam rozmawiać z dziećmi, bo wtedy łzy z tęsknoty za Mirkiem same podchodziły mi do gardła i głos wiązł mi gdzieś w środku, więc wpuszczałam go i jakoś minęły mi pierwsze miesiące żałoby. Adam, bo tak miał na imię, zrobił mi czasem zakupy, ze dwa razy dałam mu się nawet wyciągnąć na spacer. Nie był w żaden sposób nachalny, nie myślcie też, że mnie podrywał, nic z tych rzeczy! Miałam wrażenie, że jesteśmy po prostu dwoma połamanymi duszami, które nie mają się z kim podzielić tym, co czują i czego nie czują, więc dobrze nam się spędzało razem czas. Bez zbędnych słów i bezsensownego paplania. Bywało, że po prostu siedzieliśmy naprzeciwko i nie mówiliśmy nic. A i tak było to lepsze niż milczenie w samotności.

Dzisiaj mija rok od śmierci Mirka, a Adam dalej do mnie przychodzi. Nie łączy nas żadna miłość ani nic takiego, nie planujemy niczego, nie pragniemy, nie mamy wobec siebie żadnych oczekiwań. Jednocześnie czuję, że gdyby nie on i jego wsparcie, gdyby nie te rozmowy czasem bez słów, to załamałabym się całkowicie. Może w życiu czasami tak jest, że potrzebujemy kogoś, kto przeszedł to, co my i potrafi to dobrze zrozumieć? Kogoś, kto nie powie głupiego „Trzymaj się, będzie dobrze?” albo jeszcze gorszego „Czas leczy rany”… Nie wiem, ale jestem dziś wdzięczna za to, że czasem na drodze przy cmentarzu można spotkać kogoś, kto będzie nas w stanie zrozumieć. Tak po prostu.

Koniec

(Visited 51 times, 1 visits today)